Sajat Nowa
Siergiej Paradżanow, a właściwie - Sarkis Paradżanian, wybitny ormiański twórca filmowy, urodził się wkrótce po włączeniu Armenii do Związku Radzieckiego, a właściwie - Zakaukaskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Studiował w Tbilisi i w Moskwie, gdzie pracował u boku Igora Sawczenki. Później związał się z wytwórnią kijowską, gdzie inspirowany twórczością Aleksandra Dowżenki, podobnie jak on szukał swojego miejsca pomiędzy socrealizmem a filmem poetyckim. Język filmów Paradżanowa został ukształtowany przez folklor ukraiński i huculski.
Zaangażowanie w ukraiński ruch narodowy przyniosło mu artystyczną banicję, a w końcu także wyrok pięciu lat prac przymusowych, na które skazano go - jak podają różne źródła - między innymi za homoseksualizm, przemyt dzieł sztuki, współudział w samobójstwie, łapówkarstwo i rozpowszechnianie pornografii.
Sajat Nowa, a właściwie - Harutiun Sajadian, cieszący się sławą najwybitniejszego ormiańskiego poety, mieszkał na terenie Gruzji. Tworzył w językach ormiańskim, gruzińskim i azerbejdżańskim.
Gdy w 1795 roku Gruzję najechały wojska perskie pod wodzą szacha Aghy Mohammada Chana Kadżara, Sajat-Nowa został zgładzony, odmówiwszy wyrzeczenia się wiary chrześcijańskiej.
Jemu właśnie i jego twórczości Siergiej Paradżanow poświęcił film "Sajat Nowa". Obraz o takim tytule nigdy nie trafił jednak do dystrybucji. Został za to skrócony i przemontowany przez awangardzistę i socrealistę, propagandzistę i filmoznawcę, teoretyka filmu i reżysera zarazem, Siergieja Jutkiewicza. Tak powstały "Barwy granatu".
"Jestem człowiekiem, którego życie i dusza są męką. Jestem człowiekiem, którego życie i dusza są męką. Jestem człowiekiem, którego życie i dusza są męką." Te słowa, zaczerpnięte z twórczości Sajat Nowy, otwierają film. Zanim przebrzmią, zobaczymy otwartą księgę, krwawiące granaty, otwartą księgę, krwawiący sztylet, otwartą księgę, bosą stopę rozdeptującą winogrona na kamiennej płycie pokrytej literami nieznanego alfabetu i znów - otwartą księgę. Już wtedy będziemy wiedzieli, że na materię, z której skrojono ten film składają się słowa, symbole, kompozycje, powtórzenia, barwy, rytm.
Słownik, jakim operują "Barwy granatu" zamyka się w kilkudziesięciu czy może kilkuset hasłach. Wśród nich, oprócz wspomnianych ksiąg i owoców znajdziemy ramy, lustra, wahadła, broń, ażurowe tkaniny, elementy pancerza, stroje, dywany, czaszki, kwiaty, naczynia, świece, instrumenty muzyczne, pióra i muszle, a także codzienne i odświętne rytuały.
Elementy te układają się w kompozycje, wizualnie kojarzące się z jednej strony z malarstwem symbolicznym, z drugiej zaś - ze średniowieczną sztuką sakralną.
Perspektywa często ulega zaburzeniu, niektóre ujęcia zdają się ją w ogóle ignorować. Kolejne plany zazwyczaj są wyraźnie oddzielone.
Postaci niejednokrotnie wyglądają i poruszają się nienaturalnie, z teatralną emfazą i nieruchomym wzrokiem, wpatrzonym w pustkę lub prosto w obiektyw kamery. Równie teatralne są ich kostiumy, makijaż i rekwizyty.
Film niewątpliwie jest mocno osadzony w rzeczywistości ormiańskiej kultury, folkloru i religii. Ponadto jego forma i sposób, w jaki rozmaite przedmioty są obecne na ekranie, zdaje się sugerować, że mamy do czynienia z wielką ilością symboli, metafor, być może nawet alegorii. Jednocześnie film jest osnuty na kanwie biografii XVIII-wiecznego ormiańskiego poety, zawierającej liczne analogie do biografii samego autora filmu. Na dodatek można tylko się domyślać, jakie jeszcze treści, być może celowo zamaskowane, by umknąć uwadze cenzorów i dostarczyć satysfakcji wytrawnym kinomanom, chciał Paradżanow zmieścić w tym obrazie.
Jakby tego było mało, film został przecież przetworzony przez ekipę Jutkiewicza - nie ma powszechnej zgody co do tego, czy była to prosta cenzura ze względów obyczajowych, czy też głęboka ingerencja, całkowicie zmieniająca artystyczną wymowę obrazu.
Nie da się zaprzeczyć - aby w pełni odczytać wszystko, co zostało zawarte w filmie, musielibyśmy rozczytać, odkodować, zdeszyfrować i zdekonsrtuować każdy jego element.
Czy wobec trudności z odszyfrowaniem hermetycznych symboli tego nie dość że obcego kulturowo, to jeszcze przemielonego przez cenzorską maszynę filmu, powinniśmy zignorować go, uznając za całkowicie nieprzystępny? Czy jeśli chcemy go w sensowny sposób doświadczyć, skazani jesteśmy na mozolne kompletowanie danych, przeszukiwanie bibliotek i archiwów filmowych, poszukiwanie kontaktu z żyjącymi jeszcze współtwórcami?
Moim zdaniem - nie.
Jakkolwiek cenna jest pierwotna treść, zaszyta w filmie przez jego autorów, myślę, że równie cenne jest jego subiektywne, impresyjne odczytanie przez wrażliwego odbiorcę, świadomego kulturowej odmienności i - co za tym idzie - pewnej hermetyczności tego obrazu.
Pozwolę sobie odwołać się do Umberto Eco. Zadeklarował on niegdyś, iż "wartość estetyczna dzieła jest tym większa, im bogatsze są możliwości jego interpretacji, im różnorodniejsze budzi ono reakcje, im więcej aspektów ukazuje odbiorcy, nie tracąc zarazem własnej tożsamości". Nie da się ukryć, że w zderzeniu z nieznaną kulturą, symboliką i językiem powstają dodatkowe możliwości interpretacji, reakcje i aspekty. I fakt, że interpretacja widza obcego kulturowo może znacznie odbiegać od pierwotnie wpisanej w utwór treści, wcale nie umniejsza wartości tej interpretacji, o ile jest ona spójna i sensowna.
Co więcej, wobec tak bogatego estetycznie filmu jakakolwiek interpretacja jest pewnym nadużyciem. Nie od dziś wiadomo, że symbol jest stosunkowo błahym bytem, niejako pustym w środku, bezradnie odwołującym się do czegoś, co leży "na zewnątrz". O wiele ciekawsza od odczytywania znaku jako symbolu może być jego bezpośrednia kontemplacja, intensywne doznawanie, które napełnia znak jego własną treścią, nie potrzebującą odwołań do czegokolwiek zewnętrznego względem utworu, w którym ów znak się zawiera.
A "Barwy granatu" zdecydowanie są filmem, który można kontemplować. Mistrzowsko skomponowane, ocierające się o geniusz, bogate obrazy zabierają widza do zupełnie innego świata. Świat ten jest barwny i żywy, a zarazem niepokojący, tajemniczy, mroczny. Pełen intensywnie doznawanej radości i jeszcze intensywniej doznawanego smutku. Rządzą nim przedziwne prawa, cały jest podporządkowany niezbadanym zasadom, których wszyscy jego mieszkańcy z pełną surowością przestrzegają, poddając się jego rytmowi i energii. Bywa piękny, bywa też odpychający. Jest zaskakująco nieuchwytny - tyle w nim słów spisanych obcym alfabetem na nadpalonych pergaminach, które wiatr rozrywa na strzępy. A nade wszystko jest naprawę unikalny, niezwykły, jedyny w swoim rodzaju.
I chociażby dla tego wyjątkowego kinowego doświadczenia warto "Barwy granatu" obejrzeć. Kto szuka filmu oryginalnego, innego od wszystkiego, co widział do tej pory, nowatorskiego, zupełnie odwracającego wszystko, do czego przyzwyczaił nas język filmu, tego dzieło Paradżanowa nie powinno rozczarować, a na pewno przynajmniej będzie dlań miało sporą wartość poznawczą.
Niestety, "Barwy granatu" mają też swoją mroczną stronę - i tym razem bynajmniej nie chodzi mi o mrok tajemniczy, poetycki i pociągający, ale zwyczajną, prozaiczną i bolesną obrzydliwość. Otóż do bogatego zbioru symboli wykorzystywanych w filmie, należą także zwierzęta i obraz Paradżanowa zawiera kilka dość drastycznych scen z ich udziałem.
Zadawanie na potrzeby artystycznej wypowiedzi jakiejkolwiek krzywdy istotom, które świadomie się na to nie zgodziły, uważam za niedopuszczalne. Zdaję sobie sprawę z faktu, że "Barwy granatu" powstały niemal pół wieku temu, w brutalnej radzieckiej rzeczywistości, a poziom drastyczności wspomnianych scen jest względnie niski i być może stanowi element ormiańskiego folkloru, który został tu jedynie sportretowany. Dlatego też pozwalam sobie wypowiedzieć się na temat filmu w ogólnie pozytywnym tonie i nie rozwodzę się nad tą kwestią nadmiernie. Nie mogłem jednak o niej nie wspomnieć, nie pozostaje też ona bez wpływu na moją ocenę filmu.


Już 25. lutego Box Paradżanowa dostępny będzie na DVD. Filmaster jest patronem medialnym tego wydania.






michuk
A dzis w kinie Iluzjon w Warszawie specjalny pokaz filmu wlasnie z okazji premiery boksu.
doktor_pueblo
Film który na pewno warto obejrzeć w kinie. Ja miałem szczęście oglądać Sayat Novę na retrospektywnie Paradżanowa na ENH. Niezwykłe przeżycie.
lapsus
Chyba nie muszę tłumaczyć jak bardzo i dlaczego zgadzam się z Twoją recenzją. Naprawdę - na ten film wystarczy się "otworzyć". I doskonale rozumiem Twoje obiekcje związane z cierpieniem zwierząt - nie widzę problemu w tym, że na dzieło nakładamy własne przekonania i refleksje. Tylko wtedy, gdy autor-rodzic "wyjdzie", utwór- dziecko zacznie samodzielnie oddychać. Dziękuję za Twój piękny i dojrzały tekst, który może bardziej przekona sceptycznych niż moje emo-intuicje ;)
Esme
@kw86 (i chyba @lapsus) Umberto Eco napisał to co napisał ze stanowiska erudyty i kto jak kto, ale on z pewnością dałby sobie radę z interpretacją "Barw granatu" na ich gruncie kulturowym. Nie napisał tego po to, żeby pochwalać naiwne podejście do sztuki, tylko po to, by odnieść się do własnych utworów ze stanowiska twórcy, który chce zadbać również o czytelnika naiwnego, ale z pewnością nie chciałby mieć wyłącznie takich odbiorców. Przynajmniej ja tak zrozumiałam ten tekst.
A jeśli już dopuszczamy taką wolnorynkową zasadę interpretacji - że każdy ma swoją, równie dobrą jak pozostałe - nie bardzo mamy prawo krytykować np. traktowanie "Salo" jako totrure porn. Ostatecznie widz nie musi nic wiedzieć o kontekście powstania tego filmu i nie ma obowiązku wyłuskiwać z niego przesłania. Skoro nie ma obowiązku być dociekliwym, dlaczego mielibyśmy wymagać i wrażliwości? Stosując podejście kontemplacyjne odwołujemy się do własnych doświadczeń i osobowości. Nasza interpretacja będzie ciekawa i wartościowa tylko na tyle, na ile my sami jesteśmy interesującymi ludźmi.
I wcale nie uważam, żeby interpretacja "Barw granatu" miała być nadużyciem. Zmierzenie się z bogactwem tego filmu jest ambitnym wysiłkiem i nawet jeśli rezultat nie będzie arcymistrzostwem, na pewno nie będzie to wysiłek zmarnowany. To jest film wart tego, by go studiować a Paradżanow zasługuje na to, by go wysłuchać na jego własnych warunkach.
Bojowo, nie? ;)
lapsus
Bojowo, ale przecież nie o to chodzi, by tłumić potrzeby poznawcze, ale żeby dać im szansę zaistnieć. Pisałaś , Esme, że nie masz potrzeby zostać etnografem na potrzeby jednego filmu. Nie chcę się czepiać, ale jak mam to rozumieć? Istota rzeczy polega na tym, żeby dać szansę takim utworom. Mówisz o naiwności odbioru, ja bym to nazwał wrażliwością, tzn. potrzebą obcowania z pięknem. Ważne, żeby obok takich rzeczy nie przechodzić obok, nie machać ręką, mówiąc - ale bełkot, ale bzdet. Jeśli ja pewne rzeczy upraszczam, to robię to po to, żeby stworzyć płaszczyznę własnego odbioru, nazwać rzeczy, które nazwać potrafię, ale ponad tym rozciąga się cała warstwa sensów, które są praktycznie niewyrażalne. Dlatego tak mi trudno zrozumieć że rzeczowa, dogłębna analiza jest lepsza od próby oddania wrażeń. Dobra - czy żeby odczuwać przyjemność jazdy samochodem, trzeba go wcześniej rozkręcić co do śrubki? A potem z powrotem składać? Tyle że potem auto już nie chce jechać, bo metoda okazała się niedobra. I skąd ta pewność, że Eco by zrozumiał? W dzisiejszym, wyspecjalizowanym świecie, w świecie braku czasu, bycie takim specjalistą od wszystkiego jest niemożliwe. Oglądam Sayat Nova i widzę o czym jest ten film, napisałem o tym - rozdarcie poety między miłość cielesną, ziemską, pożądanie a miłość doskonałą i bezinteresowną, miłość do Boga. Oglądam "Kod Paradżanowa" i widzę, że twórca chce mi powiedzieć to samo, wiele więcej z tego filmu niż po seansie "Kwiatu ..." się nie dowiedziałem. Chętnie przeczytam monografię tego filmu, gdzie każdy kadr`będzie rozebrany na czynniki pierwsze, tylko czy ta wiedza mi pomoże? Pomoże mi nazwać, ale nie pozwoli poczuć. Wolnorynkowa zasada interpretacji dopuszcza tylko kino oczywiste i zrozumiałe, na takie filmy jak "Kwiat granatu" w wolnorynkowym świecie, każdy machnie ręką i powie - " po co mam tracić czas, idę na "Och Karol 2, tam przynajmniej wszystko jasne i można się pośmiać".
Poza tym - trochę tekstów przeanalizowałem, babrając się w strukturalizmie i to było dobre, ale sto razy bardziej hermetyczne niż sam tekst. Do precyzyjnej analizy trzeba stworzyć precyzyjny język, którego ktoś potem musi się nauczyć, a potem ktoś musi odczytać, więc lepiej rzeczywiście sobie odpuścić i iść na "Och Karol 2". W praktyce taka analiza uniemożliwia dialog. Jeśli ktoś precyzyjnie, ale zrozumiale opisze mi twórczość Paradżanowa, to bardzo chętnie tego posłucham, tyle że za chwilę i tak to zapomnę. Zostanie i tak tylko to co najważniejsze.
kw86
@lapsus Pisałem swoją odpowiedź jednocześnie (poniżej), więc cóż mogę dodać - w sumie widać, że myślę podobnie.
Esme
@lapsus Może "Barwy granatu" to po prostu nie jest film stworzony z myślą o świecie, w którym brakuje czasu. Sam przyznałeś, że po obejrzeniu dręczył Cię głód wiedzy. Poradziłeś sobie z nim, uznając że odebrałeś najistotniejszy sens, a reszta to już trudno. W porządku. Możesz uznać, że "Kwiat granatu" masz "zaliczony" i spojrzeć z wyższością na mnie, która uznałam, że jest to film, który mnie swoim bogactwem przerasta. Jeśli ja miałabym pisać o "Barwach", to z pewnością nie ze swoim obecnym bagażem wiedzy. Dlatego że ten film wzbudził we mnie ciekawość, której jeszcze nie zaspokoiłam i może nie zapokoję jej nigdy, bo nie będę miała kiedy. Jeśli uważasz, że jest to równoznaczne z uznaniem "Barw" za bzdet i odpuszczeniem ich sobie, to nic nie poradzę.
W świecie braku czasu "próba oddania wrażeń" to coraz częściej podstawowy sposób pisania o wszystkim. Nie tylko przestajemy stosować podejście analityczne, ale też w ogóle przestajemy je uważać za potrzebne. "Barwy granatu", poprzez swój kontekst kulturowy, właściwie zachęcają do głębszych studiów - tymczasem my oznajmiamy, że nie mamy na to czasu i że wystarczą nam wrażenia. Ja oczywiście też nie mam czasu, ale odczuwam z tego powodu dyskomfort i uważam, że przez to mój odbiór "Braw" jest bardziej prymitywny.
lapsus
Halo, nigdzie nie napisałem, że "bzdet" to Twoja opinia, tylko ja mam kontakt ze światem, gdzie takie sformułowanie jest normą. Nieładnie, że sugerujesz mi złą wolę. Teraz rozumiem, że nie ignorujesz tego filmu, ale nie wiem, czy dobrze się zrozumieliśmy - w tym co napisałem zawiera się troska o tego rodzaju filmy. Zdarza mi się oglądać rzeczy duże - co mam poradzić, że chociaż nie wszystko rozumiem, to podobają mi się i mam ochotę o tym napisać, podzielić się wrażeniami. Czy mam do tego prawo, czy uważasz, że powinienem tego zaniechać i zamilknąć? Pytam serio. O filmach piszę tylko tyle, ile potrafię powiedzieć. Czy to źle? Nigdzie nie napisałem, że jestem historykiem czy zawodowym krytykiem, naprawdę staram się swój pobyt tutaj traktować amatorsko, choć w domu śmieją się ze mnie, że znowu "Filmaster". Każda moja wypocina to kilka godzin lepienia tekstu. Żebym pisał lepiej potrzebowałbym kilka razy więcej czasu. Żeby czytać, myśleć, poprawiać. Ja nigdzie nie zauważyłem, że patrzę na Ciebie z wyższością. Na miły Bóg skąd ten wniosek? Swój stosunek do tego co piszesz określiłbym jako podziw i odczuwam swego rodzaju dumę, że mogę z Tobą polemizować. Na pewno odczuwam głód wiedzy - cały czas to podkreślam i będę się starał ją pogłębiać, tyle że filmy Paradżanowa podobają mi się i bez tego i chciałem o tym napisać, mimo że zdaję sobie sprawę, że może to zostać uznane za spłaszczenie. Ale czy nie można tego potraktować jako punkt wyjścia i każdy może dodać swoje swoje rozumienie i wiedzę? Może wtedy zrozumielibyśmy więcej.
Esme
Lapsusie, to ja przepraszam za nieporozumienia.
Oczywiście, że lepiej jest "Kwiat granatu" obejrzeć niż nie obejrzeć, jeśli tylko jest się otwartym na nowe doświadczenia. Omijania lub machania ręką na oryginalne arcydzieła kina, nawet te trudne, nie rozumiem i sprzeciwiam się temu podobnie jak Ty.
Jeśli już pozwalasz mi decydować o tym, czy będziesz pisał czy nie, to odpowiedź może być tylko jedna - więcej pisz. :) Bardzo cenię Twoje notki i Twoje spojrzenie na kino, nigdy bym sobie nie darowała, gdybyś przestał pisać przeze mnie. W zupełności wystarczy mi tyle, ile potrafisz powiedzieć. Na brak czasu cierpimy niestety wszyscy. Nie chciałam nikomu narzucać swojej postawy, tylko trochę o nią powalczyć w kontekście tej notki, która opisywała podejście kontemplacyjne jako o wiele ciekawsze.
lapsus
Wszystko co piszę ma znamiona ekshibicjonizmu, ale chyba nie umiem inaczej. Każdy tekst,przy którym wciskam opcję "publikuj", to jak wizyta u ginekologa (żart, sama wiesz, nigdy nie byłem u ginekologa - chyba że liczą się wizyty w poczekalni - zawsze miałem takie poczucie, ze chciałbym wziąć to na siebie, ale to moja bezczelna nadinterpretacja czegoś, o czym nie mam pojęcia). Tekst o "zaliczeniu" filmu to majstersztyk, z którym będę się jeszcze woził dłuuugo.
Myślę, że "Salo" jako tortur porn jest jak najbardziej do przyjęcia - tzn. ja rozumiem doskonale taki odbiór.
Ale nieważne - czy uważasz, że Filmaster jest po to, aby publikować dogłębne analizy? Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić, a wrażenia, katalog wrażeń może być ciekawy, inspirujący itd. Cóż - staram się. Inna sprawa, że jeśli nie miałbym takiej potrzeby i nie wierzyłbym, że moje teksty są wystarczająco dobre, to bym ich nie publikował, ale nie mam do tego dystansu. Czytam je któryś raz , odnoszę do innych tekstów i nie wydają mi się takie złe. Może ma to znamiona egzaltacji, może to ma pozory dominacji - nie wiem, piszę, jak czuję, moją intencją nie jest zagarnianie przestrzeni dla siebie. Piszcie, jeśli widzicie co jest złe, słabe, będę wdzięczny, choć pewnie będę się bronił.
Pamiętam rozmowę z Dumałą na ENH - koleś z mikrofonem porównał jego film "Doktor Charakter" do Monty Pytona Dumała odpowiedział, że nie wie nic o tych inspiracjach, bo nie zna Pytona i inspirował się programami z PRL-owskiej telewizji, które się nazywały "Zrób coś z niczego", potem ja zapytałem, czy śmieszny "Doktor Charakter był jakąś formą antidotum po smutnym "Lesie", na co odpowiedział, że "Las" nie jest filmem smutnym i jest tam dużo humoru. No to poszedłem i sobie z nim porozmawiałem. Powiedział m mniej więcej coś takiego, że jego zamiarem jako twórcy nie jest zadręczanie widza dylematem, czy zrozumiał czy nie - to nie była krótka rozmowa, za co jestem reżyserowi wdzięczny. Po prostu cieszę się, że mogłem poznać jego punkt widzenia i skonfrontować ze swoim "naiwnym" odbiorem. Niestety czasem trudno to powiedzieć o odbiorcach , którzy wiedzą lepiej i nie mam tu na myśli Twojej osoby. Cały mój szacunek do tego , co piszesz płynie z faktu, jak bardzo starasz się "uniwersalizować" swoje podejście. Może czasem mam ochotę to dookreślić, prosić o postawienie kropki albo wykrzyknika, ale przecież to Twoje widzenie, Twoja metoda - jakie mam prawo w to ingerować? Żadnego.
doktor_pueblo
Lapsus przestań pieprzyć. Już któryś raz przepraszasz, że żyjesz i że zamęczasz nas swoimi tekstami. Skąd ten brak wiary w siebie? Za mało Cię komplementujemy? Ja zasadniczo nie cierpię komplementować (uwielbiam krytykować :)), ale skoro się domagasz to proszę:
CAŁA (MOJA) PRAWDA O LAPSUSIE
Jesteś zdecydowanie jedną z najciekawszych osób na Filmasterze. To dla Twoich tekstów (i paru innych osób) zaglądam na ten portal. Twoje teksty są osobiste, ale przemyślane. Twoje teksty są świetne. Nawet jeżeli się z Tobą nie zgadzam (choć zwykle zgadzam), to zawsze prezentujesz ciekawy i oryginalny punkt widzenia. Jest to bez wątpienia dużo ciekawsze i cenniejsze niż opis filmu uzupełniony o dane statystyczne (co niektórzy robią). Dzięki Tobie nauczyłem się rozumieć, że filmy można różnie postrzegać, ze względu na bagaż różnych doświadczeń, zainteresowań, czy emocji. A jak by Ci kiedyś przyszło do głowy pisać "obiektywnie", to będę pierwszym który rzuci kamieniem.
PS Tylko proszę mnie nie naciągać teraz na cykl "całych prawd" o Esme, queerdelys, kw86, michuku, Pilotce, lamijce itp itd :)
Pilotka
Ja tam żadnych "całych prawd" o sobie nie oczekuję, ale choć to nie ma nic wspólnego z filmem i generalnie nie lubię słodzić to mam ochotę po takim komentarzu napisać "Doktorze jesteś wspaniały!" :-)
lapsus
Przestaję pieprzyć.
doktor_pueblo
@Pilotka: dzięki (spąsowiałem :))
@lapsus: no! :)
kw86
@lapsus - cóż mogę powiedzieć, bardzo mi miło - dziękuję
@Esme - no bojowo :)
ad Umberto Eco - oczywiście, że pisał ze stanowiska erudyty, ale jak słusznie zauważasz "chce zadbać również o czytelnika naiwnego". "Barwy granatu" dbają o widza naiwnego (tutaj - pozbawionego interpretacyjnych kontekstów) bardzo mocno, dostarczając mu dzieło w pełni satysfakcjonujące.
ad wolnorynkowej zasady interpretacji - brr, to dopiero brutalne sformułowanie - Twój argument o "Salo" jest rzeczywiście mocny, ale będę się trochę bronił: nie napisałem wcale, że każdy film ma istotną wartość także wtedy kiedy odbiera się go naiwnie, tylko że mają ją "Barwy granatu" (uznajmy, że jako szczególny przypadek). "Salo" pewnie nie ma.
ad interpretacji jako nadużycia - tutaj to ja oczywiście napisałem trochę bojowo, ale zależało mi na tym, żeby przy okazji tego filmu trochę ogólniej obronić impresyjne, subiektywne, kontemplacyjne odbieranie filmu jako równoprawne intelektualnemu, analitycznemu, erudycyjnemu. Są oczywiście filmy, mające wyłącznie wartość intelektualną, są takie które mają wyłącznie wartość estetyczną. O ile nie jestem kompetentny by ocenić czy choćby pojąć intelektualną wartość "Barw granatu", jego wartość estetyczna jest wystarczająco potężna żeby docenić ją samą i to chciałem podkreślić. Z pełnym szacunkiem dla wszystkich, którzy nie szczędząc wysiłków będą chcieli dotknąć także tej drugiej płaszczyzny filmu.
Esme
@kw Oczywiście to bardzo piękny film i można się nim zachwycić i bez kontekstu - najlepszym dowodem jest Twoja notka, z której emanuje podziw. :)
Podejście impresyjne nie ma takiej samej wartości jak analityczne. Bo kosztuje dużo mniej. Wrażliwy, inteligentny człowiek, taki jak Ty na przykład, ma wystarczający potencjał do tego, by znaleźć materiały o kulturze Armenii i twórczości Paradżanowa i opisać wszystkie barwy "Barw". Nie robisz tego, bo nie jesteś gotów poświęcić tyle ze swoich zasobów czasu i atłasu. Natomiast interpretacja subiektywna wymaga znalezienia w głębi swojej duszy słów odpowiednich dla doznanych wrażeń - i już. Mamy impresję. Być może oba podejścia są równie dobre, wierzę na słowo Tobie i lapsusowi. Ale jedno z nich jest cenniejsze, bo rzadziej spotykane. :)
Poza nie sądzę, by ktoś kto zagłębił się w temacie miałby stracić coś ze swego odbioru subiektywnego. Przeciwnie, najpełniejsze podejście do "Barw" to połączenie głębokiej wiedzy i głębokiej wrażliwości. Jazda samochodem jest tak samo atrakcyjna, gdy zna się go do najmniejszej śrubki.
doktor_pueblo
Największą zaletą Filmastera jest dla mnie to, że toczą się tu dyskusje na takim poziomie - o tym jak odbierać sztukę i co to znaczy ją zrozumieć. Dziękuję Wam!
Wtrącę swoje 3 grosze z trochę innej perspektywy. Ja lubię jak film jest nieoczywisty i go nie rozumiem, o ile ta "nieoczywistość" jest dla mnie ciekawa. Filmów Godarda na przykład zdaję się nie łapię, ale jakoś mnie to nie kręci. Domyślam się, że wyniósłbym z nich więcej gdybym był lepszy z filozofii i kultury sztuki, ale filmy nie ekscytują mnie na tyle, by chciało mi się to robić. Z Paradżanowem jest inaczej, bo pokazuje światy nie tylko nieznane ale i pasjonujące (dla mnie). Nie widzę sprzeczności w Waszych nieco różnych opiniach, po prostu kładziecie akcent na inne rzeczy. Esme oczywiście ma rację, pisząc że wynieślibyśmy więcej z filmu, gdybyśmy lepiej znali kontekst, ale lapsus i kw86 słusznie podkreślają, że to co czyni z filmu arcydzieło to fakt, że i bez głębokiej wiedzy o tym kontekście ten film cieszy oczy i raduje duszę.
Esme
Przyszedł Doktor i nas pogodził, więc nie będzie dalszej dyskusji :) Faktycznie jak się spojrzy pod innym kątem, to denerwują nas wszystkich te same rzeczy - obojętność albo wręcz wrogość wobec bardziej wymagającej kinematografii. Otwartość, taka czy inna, jest wartością samą w sobie, bo umożliwia pełniejszy odbiór. A reszta to szczegóły.
michuk
To ja z pozycji ignoranta napiszę, chyba tylko po to, aby wbić łyżkę dzięgciu w beczkę miodu (zawsze chciałem użyć tego sformułowania!), że "Barwy granatu" kompletnie mnie znudziły i nie rozumiem ani zachwytów nad ich formą (choć faktycznie kilka z tych slajdów było przyjemnych w odbiorze) ani nie czuję potrzeby doszukiwania się w nich treści. Nie oczekuję od kina podania mi wszystkiego na tacy, ale jednak jeśli oglądam jakieś obrazy przez półtorej godziny i nie potrafię nawet kilku z nich połączyć w zgrabną całość, to odrzucam to jako sztukę nie dla mnie i tyle.
"Barwy granatu" sprawdziłyby się może jako wideo-art pokazywany na wielkiej ścianie w galerii sztuki - tam zapewne wzbudziłyby moje zainteresowanie (choć oczywiście nadal niewiele bym zrozumiał). W kinie takie dzieło odrzucam.
I żeby było jasne - nie uważam "Barw..." za film bezwartościowy - daleki jestem od takich wyroków. Po prostu nie mam ochoty go zgłębiać. Jest na świecie tyle sztuki równie dobrej, a przy okazji zrozumiałej, że wolę obcować z tą częścią, świadomie pozbawiając się być może wielu okazji do zatacenia się w kontemplacji.
doktor_pueblo
@Esme: bardzo przepraszam, nie chciałem nikogo godzić. Ja i godzić?! W życiu!
Na szczęście michuk dolał łyżkę dziegciu do beczki ognia i dyskusja może toczyć się dalej.
Esme
Przypadkiem Ci wyszło...
Etam, widać jak na dłoni, ze michuk ma z Paradżanowem to samo co Ty z Godardem. Nie zachwyca to już trudno. Jak tu dyskutować z fochem? :)
michuk
Ale...
[bezradny wyraz twarzy]
Ja z Godardem też to mam. Znaczy ze wszystkim co zrobił po tych kilku pierwszych filmach, które się dało oglądać.
[idzie z umbrinem oglądać amerykańskie kino oskarowe]
kw86
Cóż, nasza dyskusja osiągnęła niezłe rozmiary... piszę na samym dole, bo sam się już gubię w różnych wątkach.
Myślę, że doktor_pueblo faktycznie - choćby mimowolnie - trochę nas pogodził, bo oczywiście w wielu kwestiach się zgadzamy i faktycznie chodzi tu głównie o akcenty, a łyżka dziegciu od michuka nie jest aż tak gorzka, bo przecież bardzo subiektywna.
I tutaj moglibyśmy zakończyć, choć od jeszcze jednego komentarza się nie powstrzymam:
Piszesz, Esme, między innymi, że "podejście impresyjne nie ma takiej samej wartości jak analityczne, bo kosztuje dużo mniej", a w innym miejscu, że "«próba oddania wrażeń» to coraz częściej podstawowy sposób pisania o wszystkim". Wybacz, że tak wyrywkowo cytuję, ale chcę, żeby było wiadomo na czym opiera się moje wrażenie... a wrażenie mam takie, że utożsamiasz impresyjny odbiór filmów z postawą leniwego widza, któremu nie chce się myśleć ani szukać kontekstów i film najchętniej skwituje kwestią "ale odjazd", "nuda", "oczarował mnie", "zmęczył", etc.
A spójrz chociaż na braci Quay. Oni otwarcie mówią: w naszych filmach nic niczego nie symbolizuje, nie próbujcie naszych filmów rozszyfrować, tylko zanurzcie się w ich rzeczywistość i postarajcie się ją poczuć tak, jak ją wam pokazujemy. A jednak trzymając się (najczęściej) paradygmatu impresyjnego odbioru* udało się poświęcić ich twórczości całkiem długą i bardzo ambitną książkę "Trzynasty miesiąc". I oczywiście - autorzy sięgają czasem po konteksty, szukają różnych tropów, co chwila przewijają się w książce nazwiska Schulz, Walser, Stockhausen. Ale to nie jest tak, że bracia Quay z Schulzem czy Walserem wchodzą w jakiś dialog, którego nie zrozumiemy, nie czytając ich tekstów albo do nich odwołują się zawarte w filmie symbole (bo symboli nie ma). To, co zyskujemy, mając te konteksty, to znów rzeczy nieuchwytne i poetyckie, w dodatku przydatne w dość niebezpośredni sposób i w zasadzie niekonieczne.
W każdym razie - to impresyjne odbieranie filmów też wymaga pewnego wysiłku, też jest wyzwaniem dla kogoś, kto chce je przekuć w tekst krytyczny... I oczywiście przy jednych filmach sprawdzi się lepiej, przy innych gorzej. Niektóre (np. bracia Quay, David Lynch) odczytywać należy tylko w ten sposób, w innych zaś (np. filmy kryminalne, Godard) w ogóle się nie przyda.
* - ten "paradygmat impresyjnego odbioru", to termin, który bardzo swobodnie i zupełnie roboczo ukułem na potrzeby wywodu, nie cytujcie mnie :)
Esme
Czyli porównuję tutaj wysiłek poety (który tworzy tekst oparty na wrażeniach) z wysiłkiem wyrobnika, który nabywa garba nad jałowym niejednokrotnie poszukiwaniami kontekstów. Znaczy szlachetny poryw wrażliwego ducha z księgowością. Naprawdę nie wiem jak śmiem. ;P
Lenistwo nie ma tu wiele do rzeczy, lapsus mi już napisał ile wysiłku kosztuje go pisanie notek, daleko wykraczających poza "ale odjazd", i ja mu wierzę. Jednocześnie napisał, że na dokładne grzebanie w "Sajat Nowie" nie ma czasu. Ponieważ czas jest w dzisiejszych czasach bezpośrednio przeliczalny na pieniądz, sprawa jest jasna - są obiektywne ograniczenia, które powstrzymują ludzi przed poszukiwaniem wiedzy, nawet jeśli mają na to chęć. Nie wiem tylko, czy w związku z tym należy pisać, że te poszukiwania są w ogóle niepotrzebne, bo mnie to wygląda na kwaśne winogrona.
"Trzynasty" czytałam już dawno, ale na ile pamiętam składa się on z:
- długiego wywiadu, w którym bracia chętnie i obszernie mówią o swoich inspiracjach oraz technice związanej z tworzeniem filmu lalkowego (znaczy ciekawość księgowego nie jest im obca)
- wiązanki esejów różnych autorów
- rozległego glosariusza, w którym można znaleźć suche informacje na temat twórczości braci i motywów często spotykanych w ich filmach.
Dla mnie ta książka to również porządnie przygotowane kompendium i to właśnie miałam na myśli pisząc o połączeniu wrażliwości (którą Mikurda z Oleszczykiem niewątpliwie się wykazują) i wiedzy.
A propos Kuby Mikurdy - w tym roku na ENH opatrywał krótkie metraże braci Quay komentarzami, wskazując inspiracje. Z jakichś powodów uznał, że widzom się te informacje na coś przydadzą, chociaż sami bracia zalecają nieskrępowany odbiór.
P.S. Jestem zdeklarowanym wrogiem mówienia, że coś "należy" odczytywać w jakiś sposób. Każdy odczytuje tak. jak mu w duszy gra i promując impresyjny odbiór kina powinieneś o tym wiedzieć lepiej niż ja. :)
lapsus
Droga Esme - czas to także rodzina, znajomi, mecze piłki nożnej, wszystkie książki i filmy, których nie zdążę obejrzeć i przeczytać, ciężko znaleźć czas na pracę, a co dopiero na pisanie notek ;) I bardzo chciałbym poznać konteksty filmu, ale dotrzeć do materiałów jakoś nie potrafię. Może byście mi zasugerowali strony, gdzie można takie monografie znaleźć, oczywiście jeśli to nie sprawi kłopotu.
kw86
Też prawda :)
I też chętnie przyjmę adresy stron. (Choć obawiam się, że tych informacji trzeba szukać raczej na papierze...)
Esme
Coś tam znalazłam. Google Books udostępnia książkę Sayatʻ-Nova: an 18th-century troubadour : a biographical and literary study - część stron jest co prawda wyrywkowo wyjęta, żeby zachęcić do zakupu, ale zawsze coś.
A tu jest całkiem ciekawy (i niedługi) artykuł z Ferdy on Films. Muszę się tej stronie przyjrzeć bliżej swoją drogą.
To udało mi się znaleźć na szybko, jeśli znajdę chwilę czasu (no właśnie...) to podrzucę to na co trafię.
kw86
Dzięki :)
Jak Ci się coś jeszcze uda podrzucić, to świetnie...
kw86
Pisząc o "Trzynastym miesiącu" myślałem głównie o tych esejach. Wywiad i glosariusz też sam są, pamiętam :)
Anyway - jeśli to właśnie miałaś na myśli pisząc o połączeniu wrażliwości i wiedzy to świetnie się składa, bo z tym się zupełnie zgadzam.
P.S. No tak... w pełni przyznaję się do niefortunnego użycia słowa "należy". Akurat tam, gdzie należało go uniknąć :)
Niech więc każdy odczytuje tak, jak mu gra w duszy - właśnie o to mi chodzi.
lapsus
Z mniej bojową miną niemarsową Esme jest do twarzy, do tekstów. Natura.
Esme
W ogóle staram się być łagodna i miła, bo od min marsowych dostaje się zmarszczek. Tylko nie zawsze mi wychodzi.
doktor_pueblo
A tak w ogóle to polecacie ten "Trzynasty miesiąc"? Ja na fali poenhowego entuzjazmu kupiłem sobie box filmów na dvd braci, ale książki nie czytałem.
kw86
Polecam.
(Nie wiem wprawdzie, jakie masz oczekiwania, ale mi się podobała)
Esme
Wywiad jest ciekawy, eseje napisane przez interesujących ludzi, przygotowanie solidne. Ja tam się cieszę że mam, chociaż inwestycja w box z pewnością jest lepsza :)
kw86
Czy lepsza to już trudno oceniać :)
Książka to jednak względnie skromny wydatek, a zawiera treści dość unikalne i - przynajmniej dla mnie - bardzo ciekawe.
doktor_pueblo
Dzięki!
A box nie jest wcale tak zabójczo drogi. Zawiera większość najważniejszych filmów krótkometrażowych, a kosztuje 15 funtów na brytyjskim Amazonie:
http://www.amazon.co.uk/Quay-Brothers-Short-Films-1979-2003/dp/B000I0QSPS/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid;=1299001619&sr;=8-1
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook