Sadysta, psychopata, morderca (we mnie?) [AFF]
Artykuł zawiera spoilery!
Pokazywany na American Film Festiwal w sekcji Highlights najnowszy film Michaela Winterbottoma wywołuje autentyczny wstrząs, szokuje, burzy spokój ducha niczym produkcje Hanekego czy von Triera. Ale czy Winterbottom faktycznie przekazuje przy tym jakiekolwiek nowe, istotne, nietrywialne treści?
Opowieść zaczyna się spokojnie. W zwyczajnym miasteczku zagubionym wśród pustynnych obszarów południa Stanów Zjednoczonych, Lou Ford, zastępca szeryfa udaje się do domu pewnej prostytutki, by poinformować ją, iż nie jest tam dłużej mile widziana. Brak tu jakiegokolwiek szczególnego napięcia - życie miasteczka jest dobrze zorganizowane, wszyscy przestrzegają jasno ustalonych reguł. Kiedy policjant grzecznie puka do drzwi, a następnie przekazuje podejrzanej decyzję władz, ze stoickim spokojem ignorując jej zaczepki, trudno wręcz zauważyć, jak potężne, mordercze napięcie pulsuje pod powierzchnią, z każdą chwilą zbliżając się do nieuchronnej eksplozji.
Nowy film Winterbottoma, będący remake'iem adaptacji powieści Jima Thompsona, zwanego "Dostojewskim taniej książki", z jednej strony jest trzymającą w napięciu historią kryminalno-sensacyjną. Przewrotnie bawiąc się konwencją noir portretuje mordercę (niemal) doskonałego. Któż bowiem (spośród postaci w świecie przedstawionym filmu) podejrzewałby, że niebywale uprzejmy zastępca szeryfa, koneser literatury i muzyki klasycznej, którego "wybryki" ograniczają się do przedmałżeńskiego pożycia ze znaną wszystkim niemal równie porządną dziewczyną z miasteczka, w istocie jest potworem w ludzkiej skórze? Zwłaszcza gdy jest on potworem niebywale przebiegłym, korzystającym z całego arsenału środków, jakim dysponuje inteligentny, przebiegły i pozbawiony skrupułów przedstawiciel prawa?
Z drugiej strony "Morderca we mnie" to (dość płytkie, bądź co bądź) studium zwyrodnienia, cynizmu, nihilizmu i okrucieństwa tak skrajnego, że niemalże niewiarygodnego. Bohater kreowany przez Caseya Afflecka buduje złożone, głębokie, pełne zaangażowania związki z (dwiema kolejnymi) kobietami, które - jak twierdzi - kocha i które ufają mu bezgranicznie. Z każdą z nich planuje uciec z miasteczka, by rozpocząć nowe, wspólne, szczęśliwe życie. Tuż przed wyjazdem zbliża się do swoich spragnionych czułości kochanek i zaczyna katować je na śmierć, gołymi rękoma, w scenach, których pornograficzny naturalizm zbliża się do najwyższego osiągalnego w kinie poziomu.
Biografia Lou Forda obfituje zresztą w przemoc, zdrady, oszustwa, manipulacje i morderstwa. Psychologiczną motywacją tych czynów mają być przeżycia z dzieciństwa (poziomem chorobliwego wynaturzenia dorównujące niemalże późniejszym poczynaniom bohatera).
Jakkolwiek misterna konstrukcja scenariusza mogłaby uczynić z filmu Winterbottoma solidne kino rozrywkowe, uczucia jakie obraz wyzwala w odbiorcy każą zapomnieć o dobrej zabawie.
Filmu można bronić jako studium ludzkiego zła, obrazu stawiającego trudne pytania, poddającego w wątpliwość wrodzoną ludzką moralność...
Niestety, po pierwsze - wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł - morderca sportretowany w filmie jest tak odrzucający, tak okrutny, tak przerysowany, że trudno jakkolwiek się z nim utożsamiać czy też odbierać go jako projekcję ciemnych stron ludzkiej natury, wspólnych wszystkim przedstawicielom naszego gatunku. Obraz traci tym samym potencjalnie w nim obecny uniwersalny wymiar. Po drugie i tak nie dodaje on ani jednej nowej myśli do tego, co znamy już z Funny Games, Białej wstążki, Dogville, Antychrysta, Tańcząc w ciemnościach, Gorzkich godów, Urodzonych morderców albo Twin Peaks. Czy warto w takim razie narażać się na takie doznania, jakie proponują nam autorzy? Myślę, że niekoniecznie.





ayya
"morderca sportretowany w filmie jest tak odrzucający, tak okrutny, tak przerysowany, że trudno jakkolwiek się z nim utożsamiać czy też odbierać go jako projekcję ciemnych stron ludzkiej natury, wspólnych wszystkim przedstawicielom naszego gatunku "
Zaczynam myśleć, że jako jedna z nielicznych osób zinterpretowałam ten film jako swoiste połączenie (doskonałe!) Haneke z Tarantino. Nie znam książki, ale śmiem sądzić, znając, wydaje mi się, znakomicie postać Michaela Winterbottoma, że kreując w taki, a nie inny sposób postać Lou, najnormalniej w świecie zadrwił sobie z portretów psychopatycznych morderców, jakie serwuje nam współczesna popkultura. Przecież Lou Ford ta jakaś przepoczwarzona wersja Dextera Morgana. Koleś równie dobrze mógłby mieć rodzinę i solidną pozycję w prowincjonalnej społeczności, a po godzinach zabijać różne laski, by zaspokoić swoje pragnienia (to samo robi przecież Dexter). Gdzieś zupełnie na drugim planie natomiast widzę krytykę relacji społecznych, opartych za zakłamaniu i sytuacji, w której "tak naprawdę nie znamy swojego sąsiada". Zło może siedzieć w każdym człowieku - to już wiemy. Nie zauważamy jednak, że zaczynamy je tolerować - sympatyzujemy z Dexterem, nie szokuje nas Lou Ford. Dla mnie o tym jest ten świetny film.
kw86
Z portretów psychopatycznych morderców zadrwili już Tarantino ze Stone'm w "Urodzonych mordercach" (dopisuję do listy pod koniec recenzji). O tym, że zaczynamy tolerować zło na ekranie są Funny Games.
Między innymi dlatego nie widzę tu żadnych świeżych treści. A ponieważ nie podpisałbym się pod stwierdzeniem, że "nie szokuje nas Lou Ford", wręcz przeciwnie - dla mnie jest druzgocący - myślę, że "Mordercę..." spokojnie można sobie odpuścić.
Skojarzenie z Dexterem na pewnym poziomie faktycznie się narzuca, ale wydaje mi się być bardzo powierzchownym. W końcu Dexter niemalże sublimuje swoje mordercze popędy, ograniczając się do względnie humanitarnej eksterminacji tych, bez których - jak wierzy - świat będzie lepszy. W porównaniu do Lou Forda, na którego fizyczne i psychiczne (vide: chłopak ze stacji benzynowej) okrucieństwo wobec niewinnych ludzi praktycznie nie da się patrzeć, Dexter to całkiem porządny gość*.
Oczywiście, widzę pewne niebezpieczeństwo w tym, że mordercy - choćby w roli szlachetnych mścicieli - stają się bohaterami pozytywnymi. I oczywiście możesz mieć rację, że do tego właśnie odnosi się w "Mordercy..." Winterbottom, ale nawet wtedy dalej uważam, że jego komentarz niesie zbyt mało treści (zbyt słabą treść), by warto było dla niego przechodzić przez doświadczenie oglądania tego filmu. Chyba, że ktoś jest wystarczająco mało wrażliwy, żeby Lou Ford rzeczywiście go nie szokował. W takiej sytuacji - czemu nie.
[* - widziałem tylko 1. sezon Dextera i do niego się tu odnoszę.]
ayya
"Z portretów psychopatycznych morderców zadrwili już Tarantino ze Stone'm w "Urodzonych mordercach" (dopisuję do listy pod koniec recenzji). O tym, że zaczynamy tolerować zło na ekranie są Funny Games." - dlatego właśnie mówię Killer Inside Me = Haneke + Tarantino :)
Ja bym powiedziała, że mnie Lou Ford nie tle nie zszokował, ile bardziej znudził. Jego działania były ospałe, niezbyt przemyślane, nie miały żadnej logiki, ale świat, w którym się obracał, zdefiniował go trochę jako takiego poczciwego, flegmatycznego chłopaka z sąsiedztwa, który okazuje się psychopatycznym sadystą o morderczych skłonnościach. Gdybyśmy o tym nie wiedzieli, Lou byłby trochę jak Tommy Lee Jones u Coenów.
Jedynym przykładem humanitarnej eksterminacji człowieka jest sankcjonowana przez prawo kara śmierci, funkcjonująca w państwie demokratycznym (bo możemy lub nie głosować na ludzi, który chcą lub nie chcą legalizować karę śmierci) lub eutanazja przeprowadzana legalnie i za absolutną zgodą chorego. Każde inne pozbawienie życia drugiego człowieka to morderstwo. Możemy się sprzeczać, czy Jack Kevorkian był mordercą czy nie, ale nie ulega wątpliwości, że Dexter Morgan i Lou Ford to mordercy i w dodatku psychopaci, którzy nie umieją nad sobą panować. Fakt, iż relatywizujesz "działalność" Dextera świadczy o prawdziwości mojej tezy, że "zło może siedzieć w każdym człowieku - to już wiemy. Nie zauważamy jednak, że zaczynamy je tolerować" :)
Esme
@ayya Lou Reed poczułby się urażony chyba na takie dictum. :)
@kw86 Dobra recenzja, chociaż nie zniechęciłeś mnie wystarczająco skutecznie. Jeśli będę miała okazję, to obejrzę "The Killer Inside Me", choćby jako przedstawiciela kina noir. Studia ludzkiego zła są ostatnio w modzie, więc powoli zaczynają mnie nudzić a dobry kawałek noir to zawsze coś.
ayya
@Esme: LOL, poprawiam:)
kw86
W tym kontekście polecam notkę Jarou, w której znalazła się garść przemyśleń na temat "Mordercy..." jako filmu [anty]noir jeśli nie czytałaś. (Żebyś nie zawiodła się licząc na klasyczne wykorzystanie konwencji)
Esme
O, dzięki dobry człowieku, to jedna z tych, których nie miałam kiedy przeczytać. Widzę przy okazji, że Jarou dużo mocniej akcentuje grę konwencją a dużo mniej uwagi poświęca rozważaniom moralnym. Być może to faktycznie nie jest film o jakichś wysokich aspiracjach, tylko zabawa gatunkiem. A może każdy interpretuje go zgodnie ze swoimi inklinacjami. Jak kiedyś zobaczę to się zobaczy.
kw86
Rozumiem, tylko zwracam uwagę, że Haneke i Tarantino chyba wszystko już na ten temat powiedzieli. (A w każdym razie Winterbottom nie udowadnia, jakoby tak nie było).
Z tą karą śmierci jako przykładem humanitarnej eksterminacji człowieka też się w sumie nie zgodzę (vide: Zielona mila), ale nie w tym rzecz - możemy przecież mieć różne poglądy, a nie chcę aż tak daleko odchodzić od tematu "Mordercy we mnie".
Zgodzę się za to, że i Dexter i Lou to mordercy i psychopaci, a nawet, że Dexter też generalnie jest "zły", ale nie dam się przekonać, że Dexter jest "równie zły" co Lou.
I faktycznie "zło może siedzieć w każdym człowieku". Ale chociaż niejednemu z nas zdarza się pewnie w uniesieniu pomyśleć "najchętniej zabiłbym tego [...]", to ufam, że nie znam nikogo, kto mógłby w ogóle pomyśleć o... no właśnie, już mi się robi niedobrze. Na samą myśl, że ktoś by mógł pomyśleć. Więc może w każdym z nas siedzi Dexter, ale mam nadzieję, że nie spotkam nigdy kogoś, w kim siedzi Lou Ford.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook